piątek, 9 listopada 2012

po raz piętnasty.

zaglądam na portal, dla którego prowadzę jeden z blogów i co widzę?
mój artykuł. nie obyło się bez kilku poprawek redaktorskich, ale jest on ci na stronie.
ilustrowany fotą z agencji, dla której pracowałam.
i jakkolwiek poziom mojego narcyzmu osiągnął właśnie jasny zenit, to trema nadal trzyma się dobrze.
dla zdesperowanie ciekawych pod tym linkiem artykuł.

środa, 24 października 2012

po raz czternasty.

nie będę rozpisywać się dzisiaj. ponoć śnieg zbliża się do grodu sawy.
wypróbuj  ten przepis. krówki sławią nas za granicą.
ten internetowy mem opisuje moją admirację dla tych małych kawałków cudności cukierniczej. cucucu.



poniedziałek, 22 października 2012

po raz trzynasty.

od połowy tego miesiąca zaczęłam pisać bloga w ramach projektu wydawnictwa murator.
ruszają z nową witryną w sieci i dzięki uprzejmości i trosce mojej koleżanki dołączyłam wstępnie
do grona piszących "na dowolny temat, co najmniej 1000 znaków", czyli więcej niż w sms-ie,
co cieszy, bowiem niektóre zdania są długie i żal je przycinać.
razem z poniedziałkiem rozpoczęłam drugi tydzień współpracy.
mój ulubiony to ten. pisanie jednak nie obywa się bez pewnych ofiar. w tym przypadku jest to kontynuowanie tworzenia portfolio, by zdążyć zebrać pieniądze na prezenty. w końcu grudzień tuż, tuż. a roboty za grubą kasę ni widu.
cieszę się niezmiernie z tej robótki, bo dzięki temu mogę kanalizować w cywilizowany sposób swoją poranną logoreę i nieść rozrywkę masom zgromadzonym za biurkami.
ponadto jest to miła odkocznia od dłubania plakatów, okładek, reklam i in.
kolejny tygodniu, jestem gotowa!


piątek, 19 października 2012

po raz dwunasty.

na rynku pojawiły się nowe gadżety. dziewczyny celują w młodzież i młodych. robią potworki z filcu jako zawieszki, breloczki i akcesoria do telefonów. w perspektywie dadzą poznać się w dziedzinie biżuterii. przygotowałam dla nich logo i pierwsze zdjęcia filcaków.
znajdziecie je na facebooku, word press-ie, etsy.com i na allegro.
życzę im powodzenia z całego serca, gdyż zacne rzeczy powstają pod ich palców dotykiem.
projekt jako zupełnie świeży będzie miał swoją kontynuację, więc prawdopodobnym jest, że jeszcze o nich wspomnę.



niedziela, 7 października 2012

po raz jedenasty.

w zeszłym tygodniu na placu piłsudzkiego odbywało się "miasto miłosierdzia",
współorganizowane przez centrum myśli jana pawła ii. w ciągu dwóch dni  odbyła się masa imprez, warsztatów i innych zacnych wydarzeń. jednym z nich był pokaz tańca dzieciaków z "up & down project". na scenę wyszła szóstka i dała pokaz pasodoble (chyba) i fokstrota. świetna sprawa! poniżej kilka zdjęć z występu.


czwartek, 4 października 2012

po raz dziesiąty.

tworzenie projektu to świetna sprawa. a najlepsza w tym jest metamorfoza od pierwszej kreski do ostatniej kropki.
i tak właśnie tym mniej więcej tropem posuwając się do przodu od orientacji poziomej - słabej, przesunęłam się do pionu, a później było jeszcze bardziej zaskakująco, gdyż  doszłam do tego dziwnie pełnego kolorów plakatu promującego wymianę zawartości biblioteki.
proszę uważniej przyjrzeć się tyułom, uważam, że niektóre sa naprawdę zabawne.




piątek, 21 września 2012

po raz dziewiąty.

manifestacja przekonań odbywa się na różnych płaszczyznach. piony, poziomy, skosy służą walczącym o słuszną sprawę od dawna. podkładem dla promocji haseł może zostać niemal każda powierzchnia, która pozwala utrzymać na sobie pigment. ponieważ manifestacje nie odbywają się każdego dnia, część populacji nośne hasła zakłada na siebie. nie tylko w godzinach pracy. niektórzy wyrażają się poprzez ubiór na co dzień. hasło na koszulce może być wesołe, zabawne, polecające
albo promujące zachowania i gesty.







w dobie "prawie wszyscy mogą prawie wszystko" na koszulce można umieścić manifest zdrowotny albo zastosować prosty rym. ważne, by produkt nie był ogólnie dostępny.
koszulki miały być dodatkowym źródłem dochodu, przy zderzeniu z rzeczywistością okazało się, że ww. należy poszukać gdzie indziej. nie w tzw. "mejnstrimie".


wtorek, 18 września 2012

po raz ósmy.

pierwsza realizacja polegała na niejakim przerobieniu gotowej reklamy. robiłam ją na zlecenie pewnego wydawnictwa. poszło sprawniej jak z płatka.

karnet na (o)pływanie w narcyzm i radość skończył się razem z drugim zleceniem
z tego samego wydawnictwa. 
sprawa wydawała się co najmniej tak prosta jak poprzednio. nie była. tym razem doświadczyć miałam żalów i pretensji, bo przecież "zrobić da się wszystko". być może tak jest, ale zdzierać sobie naskórek dla indywiduum, do ucha którego dźwięk najwyraźniej docierał zniekształcony, nie miałam zamiaru. niby nasz klient, nasz pan, ale uważam, że pańszczyzna skończyła się dawno temu
i każdy zasługuje na minimum szacunku.
ponieważ na razie w zasadzie nikt nie odwiedza tej strony, edytuję tekst, gdy lepszy przyjdzie mi do głowy.
 oto owoc współpracy.



po raz siódmy.

w ten szalenie płodny dzień, jeszcze jedna rzecz, którą popełniłam ze świadomością napędzoną kawami i papierochami.
może być, że ekspluatuję nieznane pokłady, które wyczerpią się z nagła, a wtedy cisza tu zapadnie
na kilka dni co najmniej.
tymczasem na prerii:


poranek w dzień powszedni. kto ma czas i ochotę na jedzenie o świcie, niechaj pierwszy rzuci kubek.

po raz szósty.

jeden z moich ulubionych albumów to "always" the gathering. pierwszy album formacji, która później zmieniła wokal i klimat gry. w każdym razie jeden z kawałków posłużył do przygotowania tego prostego, a sympatycznego logo.



po raz piąty.

w dobie szeroko pojętego plastiku dorastają kolejne pokolenia osób nieświadomych mleka z zaślepką z cynfolii na szklanej butelce, którą zabierało się sprzed drzwi już przed 6. nad ranem. wciąż pamiętam dzwonienie butelek, które mleczarz w środku nocy roznosił po klatkach bez domofonów. zbieranie butelek po żytniej i po królewskim było formą sportu i rozrywki w jednym,
a pieniądze otrzymane w skupie szły prosto do cukierni.
obecnie większość nie ma ochoty odnosić butelek do sklepu, a szkło jest powoli wypierane przez opakowania pet. opakowania, które będą leżeć w ziemi, dołach, rynnach, dachach i szybach windowych przez setki lat.
tęsknię za szkłem.



niedziela, 16 września 2012

po raz czwarty.

trafiła mi się sympatyczna fucha, podczas której miałam okazję przygotować wzory kart dla pracowni montserrat design. dwa tygodnie i kilkanaście propozycji później, wyłonione zostały
2 zwycięskie wzory - dla karty vip (numerowanej) i karty rabatowej.
nie należę do osób chętnie opowiadających o swoich pracach, więc zamieszczam je poniżej-
-ku uciesze oka. polecam również przyjrzeć się ich pracom, gdyż zacne są.
pracownia ma fanpage na fb.


 

z taką oto kartą (jedną lub obiema) wkroczycie w nowy, lepszy świat wystroju.
powyższe stanowi akademicki przykład zwiększania się apetytu w miarę jedzenia (tu:realizacji).



sobota, 15 września 2012

po raz trzeci.

na kolejną linię ognia rzucam parę z kilku zdjęć, składających się na mój dyplom. retuszowanie zakurzonych zdjęć należy wykonywać, gdy monitor jest czysty.. skarpetko, do boju!
zmianę tematu i 3 opiekunów pracy później wyłoniło się z kuwety coś takiego:


nie obyło się bez anegdot.
"czy pani chciała nas przestraszyć?" przegrało z "6. pasażer nostromo".
kto wie, może gdyby obcy miał takie ciało, nakręconoby więcej części... i film wyświetlany był by po 23. z określonych powodów, a nie li tylko dlatego, że późna noc jest najlepsza do spełniania misji.

i dla relaksu zdjęcie ze złomowiska przy bokserskiej w warszawie.
 w okresach mrozu i początków starości spoglądam na to zdjęcie i przypominam sobie, jaki człowiek był kiedyś na nie odporny... pod warstwą kremu na paszczy nic groźne nie było.
drugą okazją do zmierzenia się z djadjem mrozem był okres przygotowań do sprokurowania dyplomu
i wycieczka do oświęcimia-brzezinki. tam to w marcu przez śniegi wędrowałyśmy przez połacie śniegu pokrywające obóz, by uchwycić koszmarny - po tylu latach - wydźwięk obozu. osobiście uważam, że w lecie jest tak o wiele smutniej i tragiczniej.



piątek, 14 września 2012

po raz drugi - kolorowy brud.

kilka miesięcy temu przygotowywałam 2 stoliki, ktore miały być oddane w dobre ręce.
skończyło się na tym, że wzbogaciłam swój pokój w kolejny klamot, a blat drugiego stoi w kącie, niczem na karnym jeżu bezmięsnym. w oczekiwaniu na lepsze ich dni, przeglądałam zdjęcia,
które dzięki wysokiej zawartości kolorów zdają się być dokumentacją świetnej zabawy,
a nie ostrej tyrki z papierem ściernym, pyłem w nosie i na twarzy oraz z zakwasami w rolach głównych.




dłuto z fotogenicznemi opiłkami nadmiaru farby; na tle zużytego kawałka papieru ściernego. powyżej stary blat po oczyszczeniu z resztek starego lakieru i brzydkiej farby.
poniżej klocek z papierem na blacie maźniętym pierwszą farbą. w oczekiwaniu na kolejną warstwę.
teraz trzymam kciuka za pomyślne i rychłe zakończenie projektu "stolki". jako że kobyła u płotu mam nadzieję, że przed następną wiosną dołączy on do jakiejś kochającej rodziny, niosąc radość
i dumę z bycia w posiadaniu.

dwa zdjęcia poniżej pokazują bóle, w których rodził się nowy imidż starego stoliczka do pisania listów. składa się on z jednej pojemnej szuflady, a wymiary blatu są idealne na laptopa lub poranną kawę, do czego jest on właśnie często stosowany, odkąd stał się naszym bibelotem. ponadto jego wysokość po podstawieniu w okolicę ikeowego fotela jest idealna, by położyć na nim giry i pogrążyć się w drzemce! nawet nie żałuję, że został z nami.
widzimy ładnie topczone nogi, które - jak okazało się przypadkiem - można odkręcić.
generalnie była to świetna okazja.






czwartek, 13 września 2012

po raz pierwszy...

każdy zdrowy człowiek szuka swojej przestrzeni. nie uważam, by chorzy byli tego pozbawieni, przecież co jakiś czas zdarza się, że wiadomości zdominowane zostają informacjami nt. tego, jak ci "alternatywnie zdrowi" szukają swojego miejsca w przestrzeni publicznej; żeby nie szukać daleko - premiera batmana.
jako że nie przejawiam morderczych instynktów lub powstrzymują mnie przed tym tableteczki na życie, poniższy blog będzie moim narzędziem komunikacji. w dobie internetu i globalizacji, kiedy większość spraw można załatwić sprzed minotora - idę z duchem czasu.
spotkacie tu wiele różnych wątków. zdjęcia śmieszne i straszne, może nawet moje własne. miałam zamiar potraktować tę stronę jako prezentację portfolio, ale jeśli wyjdzie "jak zawsze", pojawią się tu wątki poboczne. część na chwilę, część na dłużej.